[...] Zaniosłem ją o własnych siłach do szpitala. Jakaś pielęgniarka darła się na mnie, że nie mogę, że tej dziewczyny już nie uratuję, ale odepchnąłem ją brutalnie i wpadłem do pierwszej z brzegu sali. Podbiegł do mnie niski, krępej budowy lekarz.
- Co się stało? - zapytał spokojnie.
- Zemdlała. Trzeci raz w ciągu godziny - powiedziałem jednym tchem.
- Wyjdź stąd, chłopcze.
- Ale...
- Jeśli chcesz, bym ją uratował, wyjdź.
Wybiegłem natychmiast. Nie wiem, ile czekałem. Kilka godzin. W końcu, zakrwawiony lekarz wyszedł z sali z ponurym uśmiechem.
- Już wszystko w porządku. Obudzi się za jakieś pół godziny. Podczas uderzenia, wbiło się w jej głowę to. Spójrz - pokazał mi na ostry, zakończony szpikulcem miniaturowy sztylet.
- Opatrywałem ją i niczego nie znalazłem...
- Wbił się tak głęboko, że musieliśmy chirurgicznie go usunąć. Idź do niej. Będzie Cię potrzebować.
Skinąłem głową i wsunąłem się bezszelestnie do pokoju. Przy jej łóżku czekałem, aż się obudzi.
(Charlotte?)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz